Dzień wyścigów

Ing. V. Żonaty, Rochester NY, Ameryka

(Program wyścigów Brno–Soběšice na rok 1925)

To, co zawsze było w nas, ludziach, co w nas jest i co pozostanie, to głód rywalizacji! Zawsze tak było. Jak już trzy osoby się spotykały, zazwyczaj kończyło się na tym, że dwie z nich mierzyły się ze sobą, a trzecia – przyglądała się. 

Dziś czytamy wśród pyłu i ruin Babilonu, że od czasu do czasu poddani zbierali się na wielkie uroczystości, podczas których radowali się, składali ofiary bogom, a następnie kończyli wszystko zawodami.

W Egipcie było tak samo, a potem w Grecji było podobnie. Rzym podniósł wyścigi do rangi kultu; zbudował stadiony, które pozostały niezrównane przez dwa tysiące lat. Starożytne narody ścigały się albo na koniach, albo w rydwanach wojennych, albo między sobą.

Poczucie rywalizacji zanikło lub odrodziło się w narodach wraz ze znikającą lub pojawiającą się i trwającą wolą istnienia. Rasy popadły w odrażającą, brutalną otchłań, by po pewnym czasie wznieść się na wyżyny szlachetności.

Wyścigi zawsze były prawdziwym i nieskażonym obrazem ludzkiej kultury. W średniowieczu szarżowano na siebie na opancerzonych koniach i zrzucano się z siodeł; zwykli najemnicy wymachiwali mocnymi pałkami i wytrącali je sobie nawzajem z rąk. Narody osiadłe na brzegach mórz miały swoje festyny na wodach. Każdy według własnego uznania – według okoliczności i opinii. Do dziś widzimy, że niektórzy ludzie z rozkoszą rozcinają żywego byka; perfumowane piękności z wachlarzami i koronkami z Sewilli albo kochają się w akrobacie na arenie, albo syczą, rzucają w niego skórkami pomarańczy i pokazują języki…

Hugo Urban-Emmrich z Talbotem w 1926 roku

Dzisiejsza kultura ludzka jest związana z maszyną. I dlatego nie organizujemy wyścigów, by pokazać nasze osobiste umiejętności, stojąc okrakiem na dwóch koniach, ale zasiadamy za maszyną, która przecież potrzebuje pana i władcy. Kierujemy maszyną! Kierujemy nią z rozsądkiem i inteligencją – i dlatego maszyna staje się jedynie narzędziem w naszych rękach.

Nie wygrywa sama maszyna – wygrywa ten, kto za nią siedzi. Zamiast hełmu, tarczy i włóczni mamy dziś lokomotywę; zamiast ciężkich, opancerzonych koni – cztery opony; zamiast średniowiecznego wysiłku, by zderzyć się ze sobą i coś przewrócić – mamy pragnienie wyprzedzenia przeciwnika, ucieczki, dogonienia go i przelecenia obok celu, zanim on to zrobi.

Ale nie zapominajmy o trzeciej osobie. Nie wystarczy, że ścigają się dwie osoby, musi być jeszcze trzecia osoba, która ich obserwuje. Nie musi być jedna, ale setki, a nawet tysiące ludzi, którzy tworzą ramę wokół toru wyścigowego.

Potrzebni są widzowie! Ludzie, którzy doświadczają wyścigów razem z zawodnikami! Nie tłumy, które tylko oglądają, ale tłumy, które… oni doświadczają!

I dlatego wyruszamy na wyścigi z pogodnym umysłem. Zapomnijmy o troskach dnia codziennego choć na kilka godzin i oddajmy się wyścigowemu porankowi całym sercem. To święto! Wybierzmy naszego faworyta spośród zawodników i życzmy mu powodzenia z całego serca. Jeśli zda, okażmy mu wsparcie moralne. Krzyczmy na niego, dajmy mu »ostrogi« z odpowiednimi „ostrogami”. hip – hip! Nie nazywaj go: Naprzód, Kapitanie, Lub Panie Inżynierze, Lub Lekarz, Lub Panie Pucifus! Nie! Zawodnik tego nie potrzebuje. Chce intymności. Grzmot na niego: Raaaaa, Frantík! Hipp, hipp Józefie! No dalej, Jendo! Krzycz na każdego konkurenta – ale gdy tylko sylwetka »twojego« faworyta pojawi się w oddali, weź głęboki oddech i zatrąb na niego tak mocno, że podskoczy.

Spraw, by poranek wyścigu był prawdziwym świętem. Porozmawiaj z sąsiadami, żartuj i bądź obiektem żartów. Jeśli przejdzie sprzedawca słodyczy, kup kilka. Zapal fajkę lub papierosa. Kup jointa, kawę, cokolwiek ci zaproponują. Nie bądź skąpy w dniu wyścigu, spraw, by był to naprawdę miły, beztroski dzień. Baw się, jak mawiają Amerykanie, »dobrze«.

Pogoda? A co, jeśli będzie padać? Oczywiście, słońce jest przyjemniejsze i bardziej mile widziane niż zachmurzone niebo. Ale czy widzieliście kiedyś samochód w pełnym pędzie ślizgający się po zakrętach na błocie? Widzieliście wodę rozpryskującą się w formie pięknych wachlarzy? To miłe! Prawdziwą przyjemnością jest widzieć i słyszeć samochód wyścigowy w śniegu z deszczem. Więc nie zwracajcie uwagi na pogodę – nie zniżajcie się do poziomu starych zrzęd, ale dołączcie do młodej armii entuzjastycznych kibiców samochodowych.

Bądź dumny ze swoich wyścigów. One dopiero się zaczynają. Jak wszystko, co już istnieje, musiało się zacząć. Nie uważaj swojego spotkania za bezwartościowe, bo być może w innych krajach zbudowano ogromne tory wyścigowe z wysokimi trybunami dla setek tysięcy ludzi. Że elita zawodników gromadzi się tam w białych samochodach, w białych ubraniach, jakby wszyscy jechali po pewne zwycięstwo – albo może na tamten świat. Nie zwracaj uwagi na to, że w innych krajach wszystko odbywa się na wielką skalę! Relatywnie rzecz biorąc – nie! Robimy, co możemy – i to wystarczy.

Ale pewnego dnia – szybciej niż myślimy – my również będziemy mieli swój własny tor, a najnowocześniejszy pojazd naszego pokolenia – samochód – będzie się po nim ścigał.

No to do wyścigów! Niech ten niedzielny poranek będzie »dobry«. Rozkoszujmy się! Każdy będzie się rozkoszował. Bądźmy radośni. Postawmy szóstkę lub koronę na naszego faworyta. Wygrajmy lub przegrajmy zakład z pogodnym umysłem. I życzmy sobie w myślach tego, czego nasi poprzednicy – widzowie – życzyli sobie od wieków: żeby wydarzyło się coś niepokojącego. Czy to grzech tak myśleć? Ale to często nieodłączna część wyścigów. Żeby samochód wpadł do rowu lub wpadł w drzewo w pełnym pędzie, żeby cztery koła wzbiły się w niebo i wesoło zakręciły, żeby kierowca wpadł w krzak pokrzywy i wstał zdrowy i radosny: kilka siódemek na płaszczu i podarte falbany na spodniach nikomu nie zaszkodziły. Mało co – człowiek się nie zmienia! Zawsze chce być naocznym świadkiem jakiegoś »nieszczęścia« – żeby operacja się nie powiodła, a pacjent żył długo i szczęśliwie…

I nie zapomnijmy o słodyczach, kufrze, cygarze, a także o tym strasznym nawyku wszystkich kibiców na całym świecie: obstawianiu szóstki!

Widok z lotu ptaka na tor wyścigowy i okolicę (1925) (rysunek Jandíka)

Tor wyścigowy

Tor wyścigowy rozpoczyna się w miejscowości Králův Poli, przy ulicy Křižíkova nr 9, a po pierwszych 100 metrach ma już największy zakręt w kształcie agrafki, gdzie kierowca musi obrócić pojazd o 180 stopni na bardzo krótkim i wąskim zakręcie. Zaraz potem rozpoczyna się największy podjazd na torze, który ma 10 %. Tor wspina się ciągłymi zakrętami do linii żywności, gdzie skręca pod kątem prostym i ma małą prostą za krzyżem. Tam pojazdy osiągają najwyższą prędkość maksymalną. Przy gajówce tor ponownie zaczyna się piąć w górę, a na szczycie ma bardzo niebezpieczny kształt litery S, za którym pojazdy pędzą małym zakrętem, ale ze znacznym podjazdem, do mety, która znajduje się 20 m za najwyższym punktem toru.

Tekst z oficjalnego programu wyścigu Brno–Soběšice z 10.5.1925